czwartek, 19 stycznia 2012

HORN – Przylądek Nieprzejednany



W świecie żeglarskim Horn ma wiele określeń, ale większość brzmi złowieszczo: „Przylądek Nieprzejednany”, „Cmentarzysko Statków”, „Mount Everest Żeglarzy” …

Przylądek Horn – uznany za południowy kraniec Ameryki Południowej leży na niewielkiej, skalistej wyspie w Archipelagu Ziemi Ognistej. Na południe od niego rozciąga się Cieśnina Drake’a zamknięta Półwyspem Antarktycznym. Te wody uważa się za najniebezpieczniejsze dla żeglarzy na całej kuli ziemskiej. Według niektórych źródeł aż 200 dni w roku panuje tu sztormowa pogoda.

Żeby zrozumieć na czym polega wyjątkowość Hornu trzeba spojrzeć na mapę świata. Pomiędzy 40 i 60 stopniem szerokości południowej panują warunki podobne do tych jakie mamy w Polsce, czyli przemieszczające się z zachodu na wschód niże z przeważającymi wiatrami z kierunków zachodnich. Na półkuli północnej niże te napotykają na swej drodze kontynenty europejski i Ameryki Północnej, gdzie tracą impet.

Na półkuli południowej od Przylądka Horn do Przylądka Horn mamy ponad 20.000 kilometrów wolnej wody. Żadne góry nie osłabiają siły wiatru. Na tej olbrzymiej połaci oceanów fale gnane wiatrami nabierają wysokości czasem ponad 20 metrów. Dopóki jest głęboko fale te nie robią większego wrażenia, są wysokie, ale długie i łagodne. Podobnie jak fala tsunami – na jachcie płynącym na otwartym oceanie nie robi wrażenia. Gorzej jest, gdy takie fale trafią na płytszą wodę. Ich wysokość pozostaje taka sama, ale robią się krótkie i bardzo strome, a przez to mordercze. Południowy Pacyfik ma przeważnie 4-6 kilometrów głębokości, ale koło Przylądka zaledwie 100 metrów.

Drugim czynnikiem powodującym częste huraganowe wiatry na Hornie jest to, że zachodnie wiatry uderzają z jednej strony w łańcuch Andów, a drugiej w góry na Półwyspie Antarktycznym, po czym ześlizgują się po nich w stronę Cieśniny Drake’a. Tworzy się w ten sposób swoiste przewężenie, dysza bardzo silnych wiatrów. Do tego dochodzi niebezpieczeństwo zderzenia z górami lodowymi i growlersami, czyli kawałkami lodu, które łatwo mogą przedziurawić dno jachtu.

Jakby tego było mało, na wodach w pobliżu Hornu występuje zjawisko zwane po angielsku „rogue waves”. Są to pojedyncze fale, których wysokość może dochodzić do 30 metrów. Jeśli jacht trafi na taką falę może zostać wywrócony do góry stępką. Jak wiadomo jachty jednokadłubowe, pomimo zniszczenia – mogą się same podnieść po wywrotce. Niestety w wypadku jachtów wielokadłubowych – jest to niemożliwe.


Aby uzmysłowić sobie jak trudną przeszkodą jest Przylądek Horn wystarczy prześledzić historię żeglugi przez te obszary. Ferdynand Magellan przepłynął przez cieśninę, nazwaną później jego imieniem, w 1520 roku, ale minęło niemal następne 100 lat zanim ktokolwiek ośmielił się zapuścić zaledwie 300 kilometrów dalej na południe. Był to holenderski żeglarz, Willem Schouten, który w 1616 roku opłynął Przylądek, a potem nazwał go, na cześć swojego rodzinnego miasta Hoorn.

Musiało minąć następne 200 lat, aby kolejny śmiałek przepłynął burzliwe wody Cieśniny Drake’a na południe od Przylądka Horn i dotarł do Antarktydy oddalonej o 4 dni żeglugi. Ale to 4 dni żeglugi przez najtrudniejszy akwen na Ziemi. Kiedy w 1831 roku odkryto złoto w Kalifornii, najtańszy z Nowego Jorku do Los Angeles był transport żaglowcem wokoło Przylądka Horn. Ale rachunki, które wystawiał Przylądek Nieprzejednany były olbrzymie. Nikt dokładnie nie policzył statków i marynarzy, którzy polegli na wodach Cieśniny Drake’a, ale wiadomo, że niektórym żaglowcom przepłynięcie wokół Hornu z Atlantyku na Pacyfik zajmowało nie mniej niż dwa miesiące, a były i takie, które z powodu przeciwnych wiatrów nie były w stanie okrążyć Przylądka nawet przez 90 dni.

Pierwszym żeglarzem, który samotnie opłynął Horn ze wschodu na zachód był dwudziestoletni Norweg, Al Hansen. Dokonał tego w 1934. Niestety, niedługo po tym wyczynie zaginął na morzu. Wrak jego 11 metrowego jachtu znaleziono u brzegów wyspy Chloe, 1700 kilometrów na północ od Przylądka Horn. Od tego czasu wiele jachtów, również polskich, przepłynęło obok słynnej skały. Pierwszy był Dar Pomorza w 1937 roku pod dowództwem Konstantego Maciejewicza.

Według raportów morskich – tylko jeden polski jacht zatonął w Cieśninie Drake’a. W 2008 roku kapitan Janusz Sowiński na jachcie Bona Terra zamierzał samotnie przepłynąć z Puerto Williams w Ziemi Ognistej na Pacyfik, jednak sztormowy wiatr i 10 metrowe fale złamały oba maszty i jacht zaczął nabierać wody. W tej sytuacji kapitan wezwał pomoc i opuścił jacht. W tym samym roku inny polski żeglarz – Tomasz Lewandowski w swoim rejsie dookoła świata po kilku dniach oczekiwania na kotwicy po zawietrznej – 10 mil od Hornu, doczekał się sprzyjającej pogody i bez przygód minął Przylądek.

Po latach doświadczeń wiadomo, że aby przepłynąć koło Hornu z Atlantyku na Pacyfik trzeba poczekać na dobrą pogodę. Czasem nawet kilka tygodni. Ale może się także udać pokonać tę drogę – tak jak zdarzyło się Jean Lucowi Van Den Heede w 2003 roku, który, jak potem opowiadał, na Hornie miał wiatr ze wschodu, czyli w plecy.

Zatem... Pomyślnych wiatrów na Hornie!

za: Jarosław Kaczorowski, kpt. j.


w pierwszą rocznicę spotkania z Magiczną Skałą...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz