Pokazywanie postów oznaczonych etykietą yachting. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą yachting. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 listopada 2014

w oczekiwaniu na Przyjście

Są takie dwa dni w roku, kiedy nic nie można zrobić. Jeden nazywa się Wczoraj, a drugi Jutro. DZISIAJ jest najlepszym dniem bo kochać, wierzyć, działać i żyć.
Dalaj Lama

Istotnie, cały świat jest zbyt wyłącznie zajęty sobą, aby można mieć poważne zdanie o kimś innym, z leniwą gotowością akceptuje się ten stopień szacunku, jaki bez wahania okazujesz sobie. Bądź, czym chcesz, żyj, jak chcesz, ale okazuj dufną zuchwałość, bez nieczystego sumienia, a nikt nie będzie moralnie śmiał gardzić tobą. Spróbuj z drugiej strony stracić zgodę z sobą, zadowolenie z siebie, pokaż, że sobą gardzisz, a na oślep przyznają ci słuszność.
Thomas Mann


środa, 1 lutego 2012

o żeglarstwie i życiu - lekcja przetrwania


Żeglarstwo uczy, że demokracja ma bardzo ograniczone zastosowanie w życiu społecznym, a przede wszystkim uczy, że skuteczne dążenie do określonego celu grupy ludzi wymaga hierarchii między nimi. Żeglarstwo jest doskonałym treningiem pozwalającym w praktyce poznać jak ważna jest dominacja i podporządkowanie w stosunkach międzyludzkich. Kto nie potrafi zdecydowanie, szybko i odpowiedzialnie wydawać rozkazów i nie zdoła podporządkować sobie załogi, tego jacht pływa po prostu gorzej: wolniej i bardziej niebezpiecznie. Również załogant-buntownik nie wykonujący poleceń kapitana stwarza zagrożenie dla całej załogi i jachtu - nawet, jeśli nie wykonuje polecenia, które wydaje się głupie i bezsensowne. Z kapitanem, który wydaje głównie głupie rozkazy po prostu nikt nie pływa, a dobry kapitan może czasem wydać głupi rozkaz i ważne jest by go nawet wtedy posłuchać.
Żeglarstwo uczy też sposobu wydawania rozkazów: są sytuacje, gdy rozkaz musi być krótki, zwięzły, sformalizowany, głośno wypowiedziany i wymagający potwierdzenia wykonania. Ale często jest też tak, że rozkaz powinien mieć formę prośby - jest wtedy dużo bardziej skuteczny. I właśnie dlatego żeglarstwo uczy w sposób najlepszy stosunku między podwładnym i przełożonym.
W każdym razie, niezależnie od formy wydawania rozkazu, żeglarstwo pokazuje, że system hierarchiczny jest dużo sprawniejszy niż demokracja. Dlatego żeglarstwo jest sportem monarchistów i arystokratów ducha.


Żeglarstwo pozwala człowiekowi poczuć pełnię człowieczeństwa - działa na wszystkie zmysły. Żeglarz łączy w sobie sprawność fizyczną ze sprawnością umysłową. Dobry żeglarz musi być tak silny jak bokser czy podnoszący ciężary, tak zwinny jak gimnastyk czy piłkarz, tak wytrzymały jak maratończyk i tak inteligentny jak szachista czy brydżysta. I na dodatek dobry żeglarz ma dużo wiedzy i doświadczenia - musi być psychologiem, historykiem, matematykiem, lingwistą, geografem, meteorologiem, mechanikiem, lekarzem, kucharzem, biologiem itd...
Żeglarstwo pozwala człowiekowi poczuć przyrodę i zrozumieć ją najpełniej. Poznać jej kaprysy i okiełznać ją - zachowując pełen dla niej szacunek.
Żeglarstwo daje człowiekowi możliwość wyżycia się i intensywnego odczuwania emocji w trudnych momentach sztormu i jednocześnie daje możliwość odpoczynku, wyciszenia się oraz długiego i spokojnego przemyślenia wielu trudnych spraw w czasie flauty.
Żeglarstwo daje człowiekowi pełnię wolności - pozwala ją poczuć bezpośrednio zmysłami, ale jednocześnie wyrabia poczucie obowiązku. Żeglarstwo w sposób doskonały potrafi uzmysłowić człowiekowi związek między wolnością a obowiązkiem. Uczy, że prawdziwa wolność to nie jest brak zasad i ograniczeń.
Żeglarstwo uczy też człowieka panować nad rzeczami wielkimi i ciężkimi, posiadającymi dużą inercję i intensywnie wrośniętymi w prawa natury.


Aby w pełni poczuć ciężar, inercję i powolny majestat trzeba zaształować się na odpowiednio ciężką krypę - wtedy czuje się to wszystkimi zmysłami. Dużo balastu, ciężki kil, brak jakiegokolwiek napędu mechanicznego, grube sztormowe żagle, skrzypiący szturwał, ciężka kotwica na windzie, bawełniane liny, drewniany kadłub, takielunek gaflowy - to jest to! To widać słychać i czuć! A na dodatek przy manewrach niezwykle intensywnie zaangażowany jest rozum. Ale bywają też sytuacje szybkie, wymagające refleksu - czuć szybkość przyrody.
Żeglarstwo w sposób najdoskonalszy uczy człowieka kierowania obiektami poruszającymi się w przestrzeni. Samochód czy samolot nie daje takiego bogactwa czynników wpływających na sterowanie danym obiektem. Żaden powolny prostopadłościenny wrak nie zastąpi ciężkiej, majestatycznej krypy. Żaden drobny intuicyjny ruch kierownicą czy zmiana biegów, czy nawet rozruch korbą nie zastąpi nieskończonego bogactwa manewrów żaglami, ruchów sterem, kombinacji z kotwicą, manipulacji wiosłami czy bosakiem, odchodzenia od, i dochodzenia do kei, pracy na fali, wywieszania flagi czy komunikacji przez radio. Decyzje podejmowane na wodzie mogą wywołać natychmiastowy skutek, ale mogą mieć też znaczenie dalekosiężne liczone w tygodniach, a nawet latach.


Woda stwarza o wiele większe bogactwo sytuacji niż ląd. Przygody lądowe nie umywają się do przygód wodnych. Droga jest dla hipisów czy innych mięczaków, woda jest dla twardzieli - wyzwala z człowieka wszystko co w nim wartościowe. Tylko na wodzie można poczuć pełnię człowieczeństwa.
Pływanie to pełnia wolności - wolności w nieskończonej ilości wymiarów. Na drodze można poczuć wolność tylko przez szybkość, a w samolocie przez szybkość i przeciążenia. Na wodzie jest i szybkość i powolność, jest głębokość i wysokość, monotonne kiwanie i gwałtowne porywy, można płynąć z wiatrem i można płynąć pod wiatr - a przede wszystkim wodą można przewieść duży ładunek w niemal każdy zakątek Ziemi.
Reasumując: żeglarstwo jest najbardziej konserwatywnym sportem przeznaczonym dla arystokratów ducha. Dobry żeglarz jest odporny na wszelką propagandę politycznej poprawności i jest prawicowcem. Lewacy boją się wiatru i wody (szczególnie święconej). Żaden inny sport nie jest tak doskonale dopasowany do charakteru prawicowca i żaden inny sport nie kształtuje postaw prawicowych tak jak żeglarstwo.

wyszperane w sieci... :)


czwartek, 19 stycznia 2012

HORN – Przylądek Nieprzejednany



W świecie żeglarskim Horn ma wiele określeń, ale większość brzmi złowieszczo: „Przylądek Nieprzejednany”, „Cmentarzysko Statków”, „Mount Everest Żeglarzy” …

Przylądek Horn – uznany za południowy kraniec Ameryki Południowej leży na niewielkiej, skalistej wyspie w Archipelagu Ziemi Ognistej. Na południe od niego rozciąga się Cieśnina Drake’a zamknięta Półwyspem Antarktycznym. Te wody uważa się za najniebezpieczniejsze dla żeglarzy na całej kuli ziemskiej. Według niektórych źródeł aż 200 dni w roku panuje tu sztormowa pogoda.

Żeby zrozumieć na czym polega wyjątkowość Hornu trzeba spojrzeć na mapę świata. Pomiędzy 40 i 60 stopniem szerokości południowej panują warunki podobne do tych jakie mamy w Polsce, czyli przemieszczające się z zachodu na wschód niże z przeważającymi wiatrami z kierunków zachodnich. Na półkuli północnej niże te napotykają na swej drodze kontynenty europejski i Ameryki Północnej, gdzie tracą impet.

Na półkuli południowej od Przylądka Horn do Przylądka Horn mamy ponad 20.000 kilometrów wolnej wody. Żadne góry nie osłabiają siły wiatru. Na tej olbrzymiej połaci oceanów fale gnane wiatrami nabierają wysokości czasem ponad 20 metrów. Dopóki jest głęboko fale te nie robią większego wrażenia, są wysokie, ale długie i łagodne. Podobnie jak fala tsunami – na jachcie płynącym na otwartym oceanie nie robi wrażenia. Gorzej jest, gdy takie fale trafią na płytszą wodę. Ich wysokość pozostaje taka sama, ale robią się krótkie i bardzo strome, a przez to mordercze. Południowy Pacyfik ma przeważnie 4-6 kilometrów głębokości, ale koło Przylądka zaledwie 100 metrów.

Drugim czynnikiem powodującym częste huraganowe wiatry na Hornie jest to, że zachodnie wiatry uderzają z jednej strony w łańcuch Andów, a drugiej w góry na Półwyspie Antarktycznym, po czym ześlizgują się po nich w stronę Cieśniny Drake’a. Tworzy się w ten sposób swoiste przewężenie, dysza bardzo silnych wiatrów. Do tego dochodzi niebezpieczeństwo zderzenia z górami lodowymi i growlersami, czyli kawałkami lodu, które łatwo mogą przedziurawić dno jachtu.

Jakby tego było mało, na wodach w pobliżu Hornu występuje zjawisko zwane po angielsku „rogue waves”. Są to pojedyncze fale, których wysokość może dochodzić do 30 metrów. Jeśli jacht trafi na taką falę może zostać wywrócony do góry stępką. Jak wiadomo jachty jednokadłubowe, pomimo zniszczenia – mogą się same podnieść po wywrotce. Niestety w wypadku jachtów wielokadłubowych – jest to niemożliwe.


Aby uzmysłowić sobie jak trudną przeszkodą jest Przylądek Horn wystarczy prześledzić historię żeglugi przez te obszary. Ferdynand Magellan przepłynął przez cieśninę, nazwaną później jego imieniem, w 1520 roku, ale minęło niemal następne 100 lat zanim ktokolwiek ośmielił się zapuścić zaledwie 300 kilometrów dalej na południe. Był to holenderski żeglarz, Willem Schouten, który w 1616 roku opłynął Przylądek, a potem nazwał go, na cześć swojego rodzinnego miasta Hoorn.

Musiało minąć następne 200 lat, aby kolejny śmiałek przepłynął burzliwe wody Cieśniny Drake’a na południe od Przylądka Horn i dotarł do Antarktydy oddalonej o 4 dni żeglugi. Ale to 4 dni żeglugi przez najtrudniejszy akwen na Ziemi. Kiedy w 1831 roku odkryto złoto w Kalifornii, najtańszy z Nowego Jorku do Los Angeles był transport żaglowcem wokoło Przylądka Horn. Ale rachunki, które wystawiał Przylądek Nieprzejednany były olbrzymie. Nikt dokładnie nie policzył statków i marynarzy, którzy polegli na wodach Cieśniny Drake’a, ale wiadomo, że niektórym żaglowcom przepłynięcie wokół Hornu z Atlantyku na Pacyfik zajmowało nie mniej niż dwa miesiące, a były i takie, które z powodu przeciwnych wiatrów nie były w stanie okrążyć Przylądka nawet przez 90 dni.

Pierwszym żeglarzem, który samotnie opłynął Horn ze wschodu na zachód był dwudziestoletni Norweg, Al Hansen. Dokonał tego w 1934. Niestety, niedługo po tym wyczynie zaginął na morzu. Wrak jego 11 metrowego jachtu znaleziono u brzegów wyspy Chloe, 1700 kilometrów na północ od Przylądka Horn. Od tego czasu wiele jachtów, również polskich, przepłynęło obok słynnej skały. Pierwszy był Dar Pomorza w 1937 roku pod dowództwem Konstantego Maciejewicza.

Według raportów morskich – tylko jeden polski jacht zatonął w Cieśninie Drake’a. W 2008 roku kapitan Janusz Sowiński na jachcie Bona Terra zamierzał samotnie przepłynąć z Puerto Williams w Ziemi Ognistej na Pacyfik, jednak sztormowy wiatr i 10 metrowe fale złamały oba maszty i jacht zaczął nabierać wody. W tej sytuacji kapitan wezwał pomoc i opuścił jacht. W tym samym roku inny polski żeglarz – Tomasz Lewandowski w swoim rejsie dookoła świata po kilku dniach oczekiwania na kotwicy po zawietrznej – 10 mil od Hornu, doczekał się sprzyjającej pogody i bez przygód minął Przylądek.

Po latach doświadczeń wiadomo, że aby przepłynąć koło Hornu z Atlantyku na Pacyfik trzeba poczekać na dobrą pogodę. Czasem nawet kilka tygodni. Ale może się także udać pokonać tę drogę – tak jak zdarzyło się Jean Lucowi Van Den Heede w 2003 roku, który, jak potem opowiadał, na Hornie miał wiatr ze wschodu, czyli w plecy.

Zatem... Pomyślnych wiatrów na Hornie!

za: Jarosław Kaczorowski, kpt. j.


w pierwszą rocznicę spotkania z Magiczną Skałą...

wtorek, 15 listopada 2011

obyś sobie dziób roztrzaskał


Gdy chwilę temu przekraczałem mityczną czterdziestkę ;) jedna z moich znajomych w ramach życzeń napisała mi o małej ciekawostce ze świata zwierząt. Podobno orły w połowie swego życia stają wobec śmiertelnego niebezpieczeństwa. Ich zakrzywione dzioby tak bardzo się rozrastają, że zaczynają się blokować: ptak nie może dosłownie dzioba otworzyć. Otwiera się przed nimi tragiczna alternatywa: umrzeć z głodu albo... pozbyć się dzioba, rozbijając go o skałę. Jeśli mu się to uda i przeżyje upadek, to wyrasta mu nowy dziób i osobnik może szczęśliwie przeżyć drugą część życia. Urodzinowe życzenia sprowadzały się więc do oczywistego wniosku: żebym sobie dosłownie dziób roztrzaskał.


Najlepsze w tym wszystkim jest to, że opowieść o orłach to ornitologiczny mit: orły wcale tak nie mają. Morał z tej bajki jest jednak taki, że w połowie życia mężczyzna potrzebuje pozytywnych wzmocnień, zwłaszcza gdy wydaje się być życiowym rozbitkiem... Okazuje się, że aby doświadczyć tych nowych wyzwań, nie trzeba wcale uprawiać sportów ekstremalnych czy wymyślać świata od nowa. Wystarczy otwartymi dopiero co ze zdziwienia oczami uważnie rozejrzeć się dookoła. Tam wszystko już jest gotowe do współpracy. Kontakt z rzeczywistością zawsze jest szokiem i zaskoczeniem. Śmiało można porównać go z traumatycznym doświadczeniem upadku na twarz czy uderzenia głową w mur. Z natury bowiem jesteśmy skłonni widzieć tylko to, co chcemy widzieć. I - ucząc się na błędach - drugą połowę życia można przeżyć mądrzej.


czwartek, 10 marca 2011

kto odkrył Amerykę?


Kiedy za oknem zamieć i zawierucha, cóż lepszego dla człowieka, jak tylko... postawić żagle i udać się ku nowym lądom...
powszechnie zwykło się uważać, że Amerykę odkrył Krzysztof Kolumb. i w jakimś sensie jest to prawda, Cristóbal Colón odkrył Amerykę ... ale dla potrzeb Starego Kontynentu. rok 1492 w którym Cristóbal dopłynął do brzegów Nowej Ziemi - wyspy Guanahani (San Salvador, dziś Watling w archipelagu Bahamów) położonej ponad 600 km od wybrzeży Florydy - jest też symboliczną datą końca Średniowiecza (mojego ulubionego okresu w dziejach świata) a początkiem Odrodzenia, czyli Renesansu.

okazuje się jednak, że do Ameryki 70 lat przed Kolumbem dotarli CHIŃCZYCY! Chińczycy odkryli także Australię 350 lat przed Cookiem! Mało tego - Chińczycy dotarli do Cieśniny Magellana 60 lat przed narodzinami Magellana! 8 marca 1421 roku największa flota, jaką widział ówczesny świat, wyruszyła z Chin. 107 wielkich okrętów pod dowództwem cesarskiego eunucha, admirała Zheng He ( 鄭和 ) wyruszyła, by wypełnić misję cesarza: dopłynąć do krańców Ziemi, odebrać trybut od „zamorskich barbarzyńców” i zjednoczyć cały świat w konfucjańskiej harmonii. te wielkie dżonki (największe dochodziły do 400 stóp) Chińczycy nazywali „bao chuan”- „statki skarbu”, przewoziły bowiem bardzo cenny ładunek: porcelanę, jedwabie, dzieła sztuki, które były wymieniane na pożądane przez Chińczyków artykuły: kość słoniową, rogi nosorożca, rzadkie drzewa, kadzidła, medykamenty, perły czy kamienie szlachetne. Zheng He wypełnił rozkaz: w dwa lata opłynął kulę ziemską a uczestniczący w wyprawie kartografowie uwiecznili wszystkie trasy na mapach. ale kiedy Zheng He w 1423 roku powrócił do Pekinu, cesarz Yongle nie już sprawował już rządów. w czasie, gdy Zheng He opływał glob ziemski, konfucjańscy urzędnicy, którzy opanowali wszystkie wyższe szczeble chińskiego rządu i byli w stanie politycznej walki z eunuchami, którzy byli uważani za skorumpowanych i niemoralnych, bo to oni popierali handel i byli uważani za chciwych. w przeciwieństwie do uczonych, którzy zawdzięczali swą pozycję biegłości w czytaniu starych 2 000 letnich tekstów. Eunuchowie nie posiadali takich korzeni, stąd byli bardziej otwarci i postępowi. bez wątpliwości można dziś rzec, że ci cnotliwi, nieprzekupni uczeni 15 wieku osadzili Chiny na zgubnym kursie. gdy w roku 1424 zmarł Yongle, Chiny doznały serii brutalnych walk. dziedzic cesarza umarł w podejrzanych okolicznościach i ostatecznie uczeni odnieśli zwycięstwo. położyli kres podróżom Zhen He, zatrzymali budowę statków. by zapobiec jakiemukolwiek powrotowi podróży (co uznawane było za powrót do przestępstwa), zniszczyli wszystkie dokumenty podróży Zheng He i z poparciem nowego cesarza przystąpili do demontowania marynarki wojennej Chin. marzenia o morskim imperium rozciągającym się od Afryki po Japonię legły w gruzach. zamiast ogłosić światu swe wielkie dokonanie, Chiny zamknęły się w izolacji na 600 lat. relacje z podróży zniszczono, flotę rozwiązano. wydawało się, że bezcenne mapy przepadły na zawsze. na szczęście zostały jednak ocalone. z ich kopii korzystali Kolumb, Dias, da Gama, Magellan i Cook. W latach 1405 – 1433 Zheng He dokonał 7 zdumiewających, odkrywczych podróży. jego wyczyny niezbicie pokazują, że Chiny miały odpowiedni potencjał, środki oraz niezbędne umiejętności nawigacyjne, by zbadać świat. ich technika, wiedza były na znacznie wyższym poziomie, niż np. w Europie.
chińscy żeglarze korzystali z bardzo doniosłego wynalazku, jakim był kompas, zwany też „łyżką wskazującą południe”. na morzu chińscy marynarze używali głównie kompasów wodnych, składających się z małej miski napełnionej wodą „Yang” – morską wodą wziętą od strony nawietrznej statku - dosyć oryginalnie, łatwiej byłoby od zawietrznej, no ale tam przecież oddaje się hołd Neptunowi  :) - oraz z igły magnetycznej w kształcie płaskiej ryby, która była delikatnie położona na wodzie, gdzie powoli dryfowała wskazując kierunek północ – południe.chińscy żeglarze potrafili także mierzyć prędkość, długość i szerokość geograficzną, a co za tym idzie - sporządzać dokładne mapy. do liczenia używali liczydeł.
chińskie statki miały też inne ciekawe i nowatorskie rozwiązania. były zaopatrzone w wodoszczelne komory pod pokładami, które chroniły je od zatopienia. stosowali  tzw. zrównoważony ster a kształt dna statków przypominał literę "V"; budowali także statki o płaskim dnie. niektóre jednostki były opancerzone a wszystko to po to, by umożliwić im bezpieczną podróż na duże odległość.


A przed Chińczykami - bo około 1000 roku po narodzeniu Chrystusa - do Ameryki dotarła Gudridur Thorbjarnardottir, nazywana Apostołką Islandii. Gudridur wyruszyła w podróż do Ameryki śladami Wikingów by chrystianizować pogańskie ludy tam mieszkające. nie odniosła jednak w Ameryce spektakularnego sukcesu ewangelizacyjnego. jedynie co jej się udało, to ochronić własną głowę przed gniewem Indian, podburzanych przez szamanów, zaniepokojonych tę nową nauką. powróciła więc po jakimś czasie na Islandię, po czym podjęła kolejną wyprawę - tym razem do Rzymu. tam spotkała się z papieżem i zdała mu relacje z swojej misji w Ameryce. własne doświadczenia podróżnicze i ewangelizacyjne opisała później w jednej ze sag, którą do dziś można przeczytać.

jeszcze wcześniej do Ameryki dotarli Wikingowie. L'Anse aux Meadows, z francuskiego "L'Anse-aux-Méduses" ("Zatoka Meduz"), to miejsce w najbardziej wysuniętej na północ części Nowej Fundlandii w Kanadzie, gdzie w ubiegłym wieku odkryto ślady wioski Wikingów. przypuszczalnie osada ta była półlegendarną Winlandią, którą założył Leif Eriksson ok. roku 1000, czyli około 500 lat przed wyprawą Kolumba, lecz niektórzy historycy kwestionują taki pogląd. osada w L'Anse aux Meadows składała się z co najmniej ośmiu budynków, w których znajdowała się kuźnia i miejsce do obróbki metali, a także tartak wspierający małą stocznię. saga opisuje próbę skolonizowania nowych ziem przez Thorfinna Karlsefni, w której wzięło udział 135 mężczyzn i 15 kobiet. narzędzia krawieckie i dziewiarskie znalezione na miejscu oznaczają, iż faktycznie w osadzie obecne były kobiety. być może to właśnie w tej osadzie mieszkała Gudridur Thorbjarnardottir. nie można jednak stwierdzić tego z całą pewnością ponieważ sagi nie precyzują jasno tamtych wydarzeń. osada zamieszkana była jedynie przez 2 lub 3 lata.


ale to jeszcze nie wszystko. był już Krzyś Kolumb, byli Chińczycy pod wodzą Zheng He, była Islandka  Gudridur Thorbjarnardottir, byli Wikingowie ze swoim walecznym Leif Erikssonem (nie mylić z Sony-Ericssonem). a tak naprawdę Amerykę to Ruski odkryli.... ponad 5 tysięcy lat temu poprzez zamarzniętą cieśninę Beringa do Ameryki dotarli po raz pierwszy mieszkańcy Syberii. byli to Mongoloidzi tj. ludność rasy żółtej. oni też sprowadzili tam konia, który zrobił tak zawrotną karierę na preriach Ameryki. a wiec podsumowując ten cały wywód - jasno z tego wynika, że Amerykę Ruski odkryli i już... :) i proszę mi więcej nie pisać, że Amerykę odkryłem, choć niedawno z Niej wróciłem...
a zdjęcie z tej wyprawy publikowałem w jednym z poprzednich postów.

wtorek, 16 listopada 2010

o piratach... na Bałtyku


Słowo 'pirat' jakoś bardzo jednoznacznie kojarzy się większości z nas z ciepłymi morzami, palmami, rumem i rozlicznymi skarbami. Niektórym – być może – nasuwa też skojarzenie z filmem, właściwie trylogią pt.: Piraci z Karaibów. Dominikana, Martynika, Karaiby wydają się być idealnym i jedynym miejscem, gdzie można było spotkać piratów. Dziś do tych miejsc dołączają też wybrzeża Somalii, gdzie współcześni piraci realizują swoje morskie ambicje. A swoją drogą – jestem pełen uznania dla tych odważnych, zdeterminowanych ludzi. Przez wiele lat tamte rejony świata były traktowane przez bogate kraje północnej Półkuli jako wysypisko śmieci. Taka polityka spowodowała olbrzymie szkody w gospodarce morskiej u wybrzeży Afryki przyczyniając się do wyniszczenia ryb i innych morskich żyjątek (czytaj seafood'u) które stanowiły podstawę egzystencji rybaków z tamtych rejonów. A dziś – walcząc o swoją szanse na godną egzystencję – posuwają się oni do takich drastycznych metod jak morskie kaperstwo. Dzieje się to – jak zawsze – kosztem tych najuboższych, którzy dla utrzymania swoich rodzin godzą się na taką działalność, przynoszącą krocie ich bossom a im samym, współczesnym korsarzom, ryzykującym najwięcej, daje jakieś minimalne środki do przeżycia na wciąż bardzo podstawowym poziomie.

Pod banderą Jolly Roger pływano też na naszym starym, poczciwym Bałtyku. Pirackie wyczyny i historie są równie pasjonujące jak korsarskie walki, wielkie wyprawy, pogonie i ucieczki na Karaibach i Morzu Śródziemnym. Kiedy w 1389 r. Małgorzata, królowa Danii i Norwegii, pokonała Szwecję, którą rządził Albrecht (Meklemburczyk z pochodzenia), za Meklemburgią opowiedział się tylko wierny swemu królowi Sztokholm. Miasto oblegali Duńczycy. I Meklemburgia, i słynna Hanza postanowiły bronić swej hegemonii na Bałtyku i złamać blokadę Sztokholmu. Ani Meklemburgia, ani Związek Miast nie miały jednak własnej floty, niezbędnej w takiej operacji, morskie działania oparto więc o piratów i ich statki, których 30 lat wcześniej wynajmowano już do ochrony szlaków kupieckich na Bałtyku. Piraci znakomicie wywiązali się ze swoich zadań. Przede wszystkim dostarczali żywność oblężonym mieszkańcom Sztokholmu. Stąd wzięła się ich nazwa: Vitalienbroedere albo Vytagenbredere - Bracia Wiktuałowi w narzeczu dolnoniemieckim, a po polski Bracia Witalijscy. Zdobyli również Visby na Gotlandii, a kiedy doszło do zawieszenia broni między walczącymi stronami, tam właśnie założyli swoją bazę i rozpoczęli walkę ze wszystkimi na całym Bałtyku. Dowódcą Braci Witalijskich był Klaus Störtebeker. Jego nazwisko, czy może raczej przezwisko pochodzi od dwóch niemieckich słów «Stürz den Becher» - cały kufel za jednym haustem, czyli w skrócie właśnie: Störtebeker. Przypisywano mu ogromną  siłę fizyczną i niebywałą odporność na trunki. Legenda ;) mówi, że Klaus wypijał czterolitrowy dzban wina, tudzież piwa jednym łykiem.

Miejsce urodzenia i pochodzenie społeczne wielkiego rozbójnika morskiego toną jednakże w mrokach niepewności. Wedle różnych legend i podań mógł się on urodzić w Ruschvitz na Rugii. Opowiadano, iż w sąsiednich wioskach Hagen i Bobbin osobiście wspierał biednych pieniędzmi i darami. Być może iż był on dzieckiem Wismaru, względnie pochodził z Verden. Jest też możliwym, iż należał do pewnej szlacheckiej, fryzyjskiej rodziny. 
Klaus to bardzo malownicza postać, swoisty Robin Hood na Bałtyku. Walczył przede wszystkim z patrycjuszami i cieszył się ogromnym szacunkiem i miłością prostego ludu. Dowodził okrętem "Tygrys Morski" i w latach 1395-1401 zasłynął z wielu brawurowych wypraw i wygranych potyczek morskich, również na Morzu Północnym. Żaden statek nie był przed nimi bezpieczny. Nie pohamowała ich nawet klątwa papieska. Straty kupców stawały się tak wielkie, iż hanzeatyckim kupcom w 1398 r. musiał przyjść z pomocą zakon rycerski. Krzyżacy oblegali na wyspie Gotland tamtejszą kryjówkę Witalijskich Braci i ostatecznie, zdobywszy twierdzę, wygonili ich z Morza Bałtyckiego.  Wynieśli się też Störtebeker i Gödeke Michael, jeden z hersztów pirackich i prawdopodobnie jego kompan z Greifswaldu. Rejonem ich rozbojów stało się teraz Morze Północne. Tu, szczególnie zaś w Północnej Fryzji, znaleźli oni kryjówki i rynek zbytu na zrabowane łupy. Zdobycz dzielili oni zwyczajem pirackim między siebie po równo. Zaciekłe zmagania floty hanzeatyckiej z piracką, trwały nadal.
Hanza postanowiła jednak przejąć inicjatywę i rozprawić się ostatecznie z piratami. Najpierw rozprawiono się z Fryzyjczykami, którzy udostępnili Braciom Witalijskim kwater na zimę. W 1400 roku tzw. "kogi pokoju" przeczesały fryzyjskie zatoki i zabito 80 piratów. Kolejnych 25 zostało wydanych wojskom Hanzy i zostali oni straceni na rynku w Emden. Był to dopiero początek rozprawy z Bractwem, bo liczba piratów oceniana była nawet na 1500 ludzi.
W zimie 1401 roku nastąpiło kolejne uderzenie. Hanzeatycki Hamburg, w osobach rajców miejskich Hermanna Lange i Nikolausa Schocke, przygotował w tym celu statek "Łaciata Krowa" (Bunte Kuh), który został okrętem flagowym flotylli wojennej zamaskowanej jako handlowa. Zasadzka, przygotowana w pobliżu wyspy Helgoland i dowodzona przez kapitana Simona van Utrecht, udała się – do niewoli dostało się 70 piratów, a 40 zginęło w walce. Wśród ujętych był także jeden z przywódców, Klaus Störtebeker oraz jego przyjaciel Gödeke Michael zwany też Ojciec Michael. Po procesie zostali straceni na położonej na Łabie wyspie Grasbrook poprzez ścięcie mieczem. Legenda mówi, że Störtebeker miał prosić Burmistrza o łaskę dla wszystkich swoich ludzi, koło których, po jego ścięciu, przebiec jeszcze zdoła. Umowa została zawarta. Gdy faktycznie Klaus już bez głowy przebiegł jeszcze przed jedenastoma swoimi kompanami, rzucił mu kat pod nogi katowski pieniek, na którym się Störtebeker potknął i upadł. Naturalnie burmistrz nie dotrzymał danego słowa i cała jedenastka, która miała otrzymać ułaskawienie, nie uniknęła katowskiego topora dzieląc los pozostałych piratów. Ich głowy zostały przybite do pali i umieszczone wzdłuż rzeki.
I tak kolejny raz potwierdza się prawda, że najbardziej cierpią zawsze ci, którzy pozostają w służbie możnych tego świata... a Historia kołem się toczy...

niedziela, 2 sierpnia 2009

początek wakacji 2009

Hej! Żegnaj dobry porcie, kochanko, żono też,
Znów stary diabeł - Morze - upomniał o mnie się!
Znów pod nogami dechy pokładu będę czuł
I z perty znów spoglądał tam te parę pięter w dół!

jeszcze tylko Keflavik,
potem Berlin, Poznań, Piwniczna
i... Sukosan ponownie...
rok zatoczył koło i za kilka godzin znów moje oko ucieszy widok masztów i smukłych kadłubów cumujących w Marina Dalmacija, a sam doczekać się już nie mogę tych przyjemnych temperatur powyżej 30 C :)
Ahoy!

piątek, 3 lipca 2009

Volvo Ocean Race 2008/2009


zwycięzcą klasyfikacji generalnej regat został Ericsson 4, dowodzony przez Torbena Graela. „Sądzę, że mamy mieszane uczucia bo wiemy, że to już koniec tego projektu. To zabawne ponieważ wcześniej z wieloma członkami załogi nawet się nie znaliśmy a teraz jesteśmy dla siebie braćmi. Teraz każdy z nas pójdzie swoją drogą...” - mówił po wyścigu Grael...
skąd ja to znam?
Volvo Ocean Race rozpoczął się 4 października ubiegłego roku w hiszpańskim Alicante. mety etapów ulokowane były w Kapsztadzie(South Africa), Kochi (Indie), Singapurze, Qingdao (Chiny), Rio de Janeiro (Brazylia), Bostonie (USA), Galway (Irlandia), Sztokholmie (Szwecja) i Sankt Petersburgu. uczestniczyło osiem jednostek: „Puma” (USA), „Ericsson 3” i „Ericsson 4” (Szwecja), „Telefonica Black” i „Telefonica Blue” (Hiszpania), „Green Dragon” (Irlandia), „Delta Lloyd” (Holandia), „Team Russia”. ogółem w czasie 9 miesięcy regat jachty pokonały ponad 37 000 mil morskich. każda załoga składała się z 11 członków, którzy spędzali ze sobą ponad 30 dni i nocy w czasie każdego z poszczególnych etapów regat.

klasa Volvo Open 70 to arystokracja wśród jachtów sportowych. są to najszybsze oceaniczne jednokadłubowe jachty na świecie - osiągają ponad 40 węzłów (około 75 km/godz). ale największym bajerem w tej kosmicznej konstrukcji jest tzw. uchylny kil (canting keel), który może odchylać się o 40 stopni na prawą lub lewą burtę w zależności od halsu, zwiększając stabilność łódki i przyczyniając się wydatnie do wzrostu prędkości. kadłub jest wykonany z włókna szklanego (glass fibres), włókna węglowego (carbon fibres) oraz włókien aramidowych (aramid fibres) z których też produkuje się kamizelki kuloodporne, warstwy zabezpieczające w ubraniach dla strażaków, lotników, kierowców rajdowych i astronautów. oprócz tego z aramidów produkuje się pręty, z których konstruuje się maszty jachtów, kije narciarskie i inne elementy wymagające dużej odporności mechanicznej. do najbardziej znanych aramidów zalicza się: kevlar, twaron, nomex oraz technorę. nie dziwi zatem nikogo fakt, że kadłub wraz z takielunkiem jest bardzo lekki - waży zaledwie 6,8 tony ale ma wytrzymałość podobną do kadłuba stalowego. cały jacht, wraz z balastem waży 12,5 t (w tym balast wodny – do 1,2 tony).


a teraz trochę o osiągach i rekordach w tej klasie...
In October 2008 the yacht Ericsson 4 officially travelled 596.6 nautical miles in 24 hours. Skipper Torben Grael and his crew made the record on the first leg of the 2008-2009 Volvo Ocean Race. They sailed Ericsson 4 hard as a strong cold front hit the fleet, bringing winds approaching 40 knots, and propelling the yacht at an average speed of 24.8 knots... nieźle, co? ;)
chyba mam marzenie... różne koła sterowe już trzymałem... jednego mi jeszcze brakuje... ;) może przydałby im się kapelan???


PS. zdjęcia jachtu "Ericsson 4" pochodzą z oficjalnej strony tego teamu.
PS2. wielkie dzięki Mariusz za prezent - Ty wiesz, jak uradować moje serce ;)

czwartek, 25 czerwca 2009

blacha falista


gdybym szukał dla siebie jakiegoś pseudonimu artystycznego to najtrafniejszym wyborem były "Książę Przypływów", a mniej poetycko "Sinusoida". takie chyba jest życie, przypływa i odpływa, raz na górze, raz na dole, trochę radości i odrobina smutku, raz słońce, raz deszcz, raz "wybierz", raz "luz", raz cisza, raz sztorm, a wszystko to przemieszane w jednej czasoprzestrzeni... ale pseudonimów nie szukam, artystą nie jestem, a żyć trzeba. jak słucham moich Przyjaciół to myślę sobie, że mam w życiu dużo szczęścia. jestem zdrowy i silny ;), dumny z tego kim jestem, myślę, że mam poprawianie ukształtowany świat wartości. mam kilku Przyjaciół... i to są wszystko DARY, za które jestem wdzięczny. cóż masz, czego byś nie otrzymał? a więc płyń, sail away across the sea... raz bliżej, raz dalej... a swoją drogą, ciekawe jak tam będzie, kiedy już dopłynę do mojego Fiddler's Green? ;) gdzie delfiny figlują w wodzie czystej jak łza, a o mrozach i trudach zapomina się tam? Spotkamy się? I hope we will see one another someday there. I hope I will see there all of you, my Friends, and Heavenly Skipper below will be making cup of tea - for me cup of coffee, please ;) - for the Crew...

generalnie nie przepadam za USA, ale ta pioseneczka wprost urzekła mnie:
There's a yellow rose of Texas
That I am going to see
No other soldier knows her
No soldier, only me.
She cried so when I left her
It like to broke my heart
And if I ever find her
We never more will part.
She's the sweetest rose of color
This soldier ever knew
Her eyes are bright as diamonds
They sparkle like the dew.
pozdrawiam więc wszystkie Róże... niekoniecznie z Texasu...

PS. dzięki za zdjęcie Aras! well done!

poniedziałek, 9 marca 2009

dance me...

dance me very tenderly and dance me very long
dance me to your beauty with a burning violin
dance me through the panic till I'm gathered safely in
touch me with your naked hand or touch me with your glove
dance me to the end of love...



i przyjdzie dzień
i padnie komenda:
cumy rzuć!
and the dance begins...

bo męska rzecz być daleko
a kobieca...
wiernie czekać...
bo jeszcze się tam żagiel bieli...


let me feel you moving like they do in Babylon
show me slowly what I only know the limits of
dance me to the end of love...

piątek, 20 lutego 2009

mazurskie klimaty


przeglądając archiwum wzięło mnie na jakieś wspomnienia...
to było tak.... po ciężkim żeglowaniu (wiało coś w okolicy 5B, co na warunki mazurskie oznacza praktyczne sztorm) jakoś udało się nam dobić do brzegu. zanim się to jednak dokonało, najpierw przez kilka godzin walczyliśmy z wiatrem na jeziorze Dargin idąc bajdewindem. przy próbie refowania foka urwał się nam fał od rolfoka i tylko dzięki Bogu i przytomności umysłu Kasi udało się ostatecznie zwinąć foka oraz nie wypaść za burtę Piotrowi i mi, którzy stojąc na dziobie i łapiąc targanego wiatrem foka próbowaliśmy ręcznie dokonać tego samego, co zrobiła Kasia, ciągnąc za resztkę fału, który wystawał z rolera. przycupnęliśmy więc w szuwarach gdzieś na wysokości Sztynorckiego Rogu, by przeczekać to straszne zjawisko i tak to czuwaliśmy przez następną dobę, by wreszcie po południu wejść do Sztynoru, do którego zabrakło nam bardzo niewiele poprzedniego dnia. a w Sztynorcie po dokonaniu niezbędnych zakupów decyzja załogi i za zgodą Kapitana udaliśmy się na ląd w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. większość oczywiście skusił zapach smażonej rybę dobywający się z lokalnej smażalni. ja z racji powszechnie wiadomych w owych radościach rrrrrrybnych nie brałem udziału. wraz z Asią poszliśmy zjeść w Zęzie coś nierybnego... tym czymś okazał się być szaszłyk... chyba najdroższy szaszłyk, jaki w życiu kiedykolwiek jadłem ;) a że pora była już wieczorna i Zęza zaczęła się powoli wypełniać barcią żeglarską zamówiliśmy piwo, żeby zająć stolik dla reszty Załogi, która po napełnieniu żołądków rybami miała do nas dobić i na resztę wieczoru tu właśnie zakotwiczyć. aaaaaa, dodać należy, że - ku nieutulonej rozpaczy Jego Wakacyjnej Narzeczonej, a naszego dzielnego i niezastąpionego Nawigatora - tego ranka naszą załogę opuścił Piotr, udając się ku czekającym na Niego obowiązkom w Warszawie, czego do dziś zupełnie nie jestem w stanie zrozumieć... jedyne racjonalne wytłumaczenie, jaki mi się w tym kontekście nasuwa, to to, że owe niecierpiące zwłoki obowiązki oznaczały jakąś sympatyczną i tajemniczą Brunetkę... ;) więcej już nie będę na ten temat oficjalnie spekulował, żeby nie wzbudzić jakiś negatywnych emocji w Magdzie, a szczegóły kiedyś osobiście wytłumaczę Dominikowi (jak już oczywiście podrośnie i sam zechce żeglować). na zdjęciu jest więc cała Załoga S/Y Freedom - super nazwa dla naszego Twistera 800... cała Załoga, która kontynuowała dalej rejs, cała Załoga z wyjątkiem oczywiście Piotra, cała Załoga, zanim niektórzy oddalili się na z góry opatrzone pozycje ;), cała Załoga świętująca przy zdradliwym Dębowe Mocne, długo ważone w fantastycznych plastikach z etykietką lecha doskonałe umiejętności żeglarskie naszego Kapitana oraz szczęśliwą zmianę pogody, która umożliwiła nam dalsze cieszenie się swobodą, wolnością wakacyjną i mazurskimi klimatami.



Ahoy Mazury, Ahoy all Yachtsmen, sailors and seamen, ahoy Competent Crew of S/Y FREEDOM......... see you again on deck here or somewhere else.......

czwartek, 19 lutego 2009

czy powrócą??? will they come back???


The Smoky Mountains memories keep me strong................


moja najpiękniejsza szanta:

Stary port się powoli układał do snu,
Świeża bryza zmarszczyła morze gładkie jak stół,
Stary rybak na kei zaczął śpiewać swą pieśń:
- Zabierzcie mnie chłopcy, mój czas kończy się.

Tylko wezmę mój sztormiak i sweter,
Ostatni raz spojrzę na pirs.
Pozdrów moich kolegów, powiedz, że dnia pewnego
Spotkamy się wszyscy tam w Fiddler's Green.


Błękit nieba nad głową, nie ma burz, nie ma fal,
Wokół ryby figlują, ach jak pięknie jest tam!
Nie ma nic do roboty, każdy marzy lub śni,
A Kapitan w kambuzie parzy nam cup of tea. ;)

i jej angielski oryginał:
1. As I walked by the dockside one evening so fair
To view the still waters and take the salt air
I heard an old fisherman singing this song
O take me away boys, my time is not long
ref.: Dress me up in me oilskins and jumpers
No more on the docks I'll be seen
Just tell me old shipmates
I'm taking a trip, mates
And I'll see you someday in Fiddler's Green

2. Fiddler's Green is a place I've heard tell
Where the fishermen go if they don't go to hell
Where the weather is fair and the dolphins do play
And the cold coast of Greenland is far, far away
ref.: Dress me up in me oilskins and jumpers...

3. The weather is clear and there's never a gale
And the fish jump on board with a swish of their tail
Where you lie at your leisure, there's no work to do
And the skipper's below making tea for the crew
ref.: Dress me up in me oilskins and jumpers...

4. When you get back in dock and the long trip is through
There's pubs and there's clubs and there's lassies there too
Where the girls are all pretty and the beer is all free
And there's bottles of rum growing from every tree
ref.: Dress me up in me oilskins and jumpers...

5. Now, I don't want a harp or a halo, not me
Just give me a ship and a good rolling sea
And I'll play my old squeeze box as we sail along
With the wind in our rigging to sing me this song
ref.: Dress me up in me oilskins and jumpers...

(w niektorych wersjach w refrenie jest: Wrap me up to me oilskins and jumper)


My world is miles of endless roads
That leaves a trail of broken dreams
Where have you been
I hear you say?
I will meet you at the Blue Cafe
Because, this is where the one who knows
Meets the one who does not care
The cards of fate
The older shows
To the younger one, who dares to take
The chance of no return

Where have you been?
Where are you going to?
I want to know what is new
I want to go with you
What have you seen?
What do you know that is new?
Where are you going to?
Because I want to go with you


a to oczywiście już jest Chris Rea i jego łagodne: The Blue Cafe

no i jeszcze jedna szanta:

PYTANIA...................
Czy powrócą na morze stare, smukłe żaglowce,
Ostre dzioby kadłubów wśród szumiących fal,
Białe żagle na masztach wiatrem dumnie wydęte.
Czy powrócą znów tam, na starych żaglowców szlak?

Czy pochwyci znów ktoś za stare, zniszczone liny,
Załogi usłyszy śpiew, gdy praca wre,
Ludzki trud, morza czar, piękne rejsu godziny.
Czy powrócą znów, jak bajki, z dziecięcych snów?

Czy wyruszą w przygodę ze swych kamiennych klatek
I popłyną przez fale, gdzie morze groźną ma twarz,
Mewy śpiew, wiatru zew i wciąż białe żagle.
Czy uwolni je ktoś z kamiennych portowych szpon?

Czy powrócą na morze stare, smukłe żaglowce,
Ostre dzioby kadłubów wśród szumiących fal,
Białe żagle na masztach wiatrem dumnie wydęte.
Czy powrócą znów tam, na starych żaglowców szlak?


w sumie to w tytule powinno być troszkę inne pytanie, a mianowicie: kiedy ponownie pod stopami poczuję deski pokładu??? no właśnie, kiedy???
a poki co, to czekam na wiatr..... ;)